Aktualizacja włosów - Lipiec

Hello Sweethearts!

Nadszedł czas na kolejną aktualizację włosów. Strasznie szybko minął mi ten miesiąc. Było wiele do zrobienia, jeszcze więcej produktów do przetestowania, ale się udało.
Korzystając z okazji, że oswoiłam się już nieco z platformą i html'em, zmienił się również nieco wygląd bloga. Teraz jest dużo bardziej w moim stylu, mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu :)

Przejdźmy zatem do meritum.


W ciągu minionego miesiąca moja pielęgnacja była mocno zróżnicowana, głównie za sprawą półproduktów, o których pisałam tutaj.
Dodatkowo, pokusiłam się o farbowanie włosów henną klik.

Olejowanie.

Olejowanie przebiegało bez większych zmian, nadal w postaci mgiełki. Olej Babydream fur mama zastąpiłam serum olejowym Gliss Kur, do tego odżywka Garnier Avocado i Masło Karite (którą w końcu wymęczyłam!) i woda, wszystko w proporcjach 1:1:1. W momentach większego natchnienia dodawałam jeszcze trochę oleju ze słodkich migdałów, albo kilka kropel mleczka pszczelego lub gliceryny, ale nie zaobserwowałam znaczącej różnicy.

Jako zabezpieczenie końcówek nadal wspaniale sprawdza się olej z pestek śliwki, któremu zostanę wierna baaardzo długo. Żałuję jedynie, że jego zapach tak krótko utrzymuje się na włosach.


Mycie.


Do mycia miałam okazję przetestować ten szampon, ale nie zabrakło również mojego ulubieńca, oraz szamponu Babydream, dla którego szukam obecnie godnego następcy.

W naturalnym świetle, bez lampy
Odżywianie.

Jako maski stosowałam Kallosy: Silk i Color, których recenzje pojawią się już całkiem niedługo.
Cały miesiąc starałam się sumiennie wcierać Jantar, jednak charakter mojej pracy nie zawsze na to pozwalał, dlatego zdarzały się sytuacje, kiedy stosowałam go trzy razy dziennie, a przez kolejne 3 dni nie sięgnęłam po niego wcale.
Popijałam pokrzywę nieco bardziej sumiennie, ale właściwie tylko ze względu na pogodę. Podczas upałów parzyłam cały dzbanek, czekałam aż wystygnie, a potem piłam zamiast innych napoi. Kilka razy nawet udało mi się taką zimną herbatkę zabrać do pracy zamiast wody. Przecież nie jestem wielbłądem, żeby tylko wodę pić :) 

Z lampą
 Eksperymenty.

Dwa z nich udały się i przyniosły efekt WOW. Dwa kolejne niestety nie, ale o nich też wspomnę w najbliższej przyszłości.
Pierwszym bardzo udanym, było spontaniczne olejowanie na sucho olejem lnianym. Już po aplikacji moje włosy podczas zaplatania w warkocz były odczuwalnie miękkie i delikatnie pogrubione, co szczególnie mnie zaskoczyło.
Idąc za ciosem, postanowiłam umyć włosy odżywką. Padło na Kallos Silk. Jak dokładnie to przebiegało opiszę w jego recenzji, ale w połączeniu z masażem skalpu i wprasowaniu go we włosy, efekt jest bardzo zadowalający, co widać na zdjęciach.
W połączeniu z olejem lnianym, moim skromnym zdaniem dałoby to naprawdę efekt WOW, ale musiałam przekombinować i na koniec zafundowałam moim włosom płukankę cysteinową. Przeproteinowałam. Ale o tym następnym razem. 

Po lewej 11.06, po prawej 13.07

Kilkukrotnie zdarzyło mi się użyć suszarki. Mea culpa. Zawsze pamiętałam o chłodnym nawiewie i stosownej odległości od włosów.
Na swoją obronę mam jedynie to, że za radą Marty z Fair Hair Care zaprzestałam czesania włosów na wilgotno/mokro. Różnica w ilości włosów na szczotce oczywiście jest, ale nie jestem jeszcze pewna, czy ograniczyłam ich łamanie i wyszarpywanie, czy to skutek wcierania Jantaru.

Jak Wam minął miesiąc?